piątek, 21 listopada 2008

czas już na Ciebie

I znów ciężko. Albo wciąż.
W ciągu ostatnich dni miałem wyjątkowo dobry humor. Wciąż potrzebuję kroku. Tego kroku który pozwoli mi wrócić do świata żywych. Mając już ten swój dobry humor, w dalszym ciągu jednak jestem sam, i humor się kończy. Nie mogę się wiecznie cieszyć niczym. Mieć dobry humor, nie mając do tego podstaw. Nawet jeśli już chcę coś zrobić, to przez to że nigdy nie chciałem nic, nie mam z kim.
Wkurwia mnie siła mojego charakteru. Chciałbym czasem ulec, ponieść się chwilą a nie rozsądkiem, zrobić coś, czego mógłbym żałować-, zamiast żałować że nie zrobiłem. Nie chcę się już ograniczać. Wyzbyć się małego żandarma który jest we mnie powtarza “nie rób tego”. Zupełnie bez feelingu to moje życie. Bez chwil. Może słabszy charakter pomógłby mi. Może już dawno rozwiązałbym czas, ten ostatni który ze mną jest. I nie byłoby mnie. Może to jest rozwiązanie. Ale charakter... w chwili złej, smutnej żandarm nie pozwoli mi tego zrobić, rozwiązać czasu, bo ten zły humor przecież minie. W dobrej chwili, “radosnej” specyficznie kiedy już się pojawia malutka radość, której zwykle niema, jest również mikroskopijna nadzieja że kiedyś będzie inaczej.
A kiedy będzie kiedyś??
Idź sobie żandarmie

niedziela, 9 listopada 2008

jeszcze bardziej nagi

Czuję coś.
Samotność, smutek, żal, ból, opuszczenie, strach, lekam się okropnie.
Czuję chłód u stóp, boso biegam. Biegam, nie robię nic. Nie dobiegnę, wiem. Nie przebiegnę nawet odcinka, krótkiego odcinka, a chciałbym.
Mogę, wiem. Nie potrafię. Boję się samotnie biec. Boję się, że kiedy strach stanie się zwyczajny, że będę jeszcze bardziej sam, choć nie mam prawie nikogo.

ps. kocham Cię mamo.