poniedziałek, 15 grudnia 2008
gotów na ostatni węzeł
chyba, dostałem cios którego potrzebowałem.
Jestem gotów patrzeć w lustro, patrzeć na przestawanie. kończenie.
Jestem gotów by zaplątać ten ostatni węzeł, by odepchnąć taboret i tą ostatnią chwilę refleksji jak na napisach końcowych, a potem koniec.
Gotów by przypomnieć sobie wszystkie chwile, tak nieracjonalnie.
Gotów by tak egoistyczna podjąć decyzję, by nie żegnać się.
Przegrać -przegram. najgorszym przegrany będę. Ale czy teraz nie jestem. Nie dla litości, nie dla współczucia, ale dla końca. Będą gardzić, niech gardzą. Mnie już nie będzie. I ja sobą gardzę.
Trzęsę się, zimno mi.
Chce mi się wymiotować.
Zrobię to.
Chyba potrzebuję pomocy.
Pomóż mi
piątek, 21 listopada 2008
czas już na Ciebie
W ciągu ostatnich dni miałem wyjątkowo dobry humor. Wciąż potrzebuję kroku. Tego kroku który pozwoli mi wrócić do świata żywych. Mając już ten swój dobry humor, w dalszym ciągu jednak jestem sam, i humor się kończy. Nie mogę się wiecznie cieszyć niczym. Mieć dobry humor, nie mając do tego podstaw. Nawet jeśli już chcę coś zrobić, to przez to że nigdy nie chciałem nic, nie mam z kim.
Wkurwia mnie siła mojego charakteru. Chciałbym czasem ulec, ponieść się chwilą a nie rozsądkiem, zrobić coś, czego mógłbym żałować-, zamiast żałować że nie zrobiłem. Nie chcę się już ograniczać. Wyzbyć się małego żandarma który jest we mnie powtarza “nie rób tego”. Zupełnie bez feelingu to moje życie. Bez chwil. Może słabszy charakter pomógłby mi. Może już dawno rozwiązałbym czas, ten ostatni który ze mną jest. I nie byłoby mnie. Może to jest rozwiązanie. Ale charakter... w chwili złej, smutnej żandarm nie pozwoli mi tego zrobić, rozwiązać czasu, bo ten zły humor przecież minie. W dobrej chwili, “radosnej” specyficznie kiedy już się pojawia malutka radość, której zwykle niema, jest również mikroskopijna nadzieja że kiedyś będzie inaczej.
A kiedy będzie kiedyś??
Idź sobie żandarmie
niedziela, 9 listopada 2008
jeszcze bardziej nagi
Samotność, smutek, żal, ból, opuszczenie, strach, lekam się okropnie.
Czuję chłód u stóp, boso biegam. Biegam, nie robię nic. Nie dobiegnę, wiem. Nie przebiegnę nawet odcinka, krótkiego odcinka, a chciałbym.
Mogę, wiem. Nie potrafię. Boję się samotnie biec. Boję się, że kiedy strach stanie się zwyczajny, że będę jeszcze bardziej sam, choć nie mam prawie nikogo.
ps. kocham Cię mamo.
sobota, 25 października 2008
Czas wciąż ze mną jest
Oddech zamarza, odchodzi natura. Przyjdzie śnieg, mrozy przyjdą.
W zimowy sen chcę zapaść i oczy otworzyć dopiero na wiosnę, popatrzę wtedy na innych, szczęśliwych, pełnych nadziei na udane lato, urlop udany i wakacje. Popatrzę jak się cieszą, kochają. Jak się rodzą nowe myśli ich, całkiem pozytywne. Na ludzi popatrzę którzy zerkając w przyszłość, nie boją się jej.
Popatrzę, zapłaczę i zasnę.
A może już nie potrafię płakać? Może już nie mam za czym, nie ma czego stracić, aby móc zapłakać.
Czy to świat taki jest, czy tylko ten udostępniony mi kawałek?Czy tak będzie zawsze. Czy pomiędzy wschodem a zachodem coś się zadzieje. Czy będe chciał o tym pamiętać.
Czy nie będę się bał spoglądać w przód, czy nie będę bał się wspominać, żyć chwilą - nie nadzieją.
Czy przestanie to być tak toksyczne, jak jest. Czy będzie zdrowe, prawdziwe.
?
środa, 15 października 2008
nie tyko jesieni
piękna jesień, ta prawdziwa, POLSKA ZŁOTA JESIEŃ.
pięknie kiedy liście spadają złóte, czerwone, pomarańczowe, jesienne i inno kolorowe jeszcze.
pięknie kiedy już spadły, i są, latają z podmuchami wiatru.
pięknie kopać jest liście, iść w nich.
pięknie tonąć w parku.pięknie byłoby iść z kimś za rękę, pięknie całować się mieć z kim, kiedy te liście spadają. pięknie pić herbatę w objęciach, kiedy za oknem jesień złota.
jak pięknie byłoby z tych lisciach tonąć z kimś, nie bojąc się że jutro już tego piękna nie będzie, bo nie będzie liści, nie będzie jesieni złotej, czerwonej, pomarańczowej.
pięknie, gdyby nie tylko liście, nie tylko jesień dawała szczęście.
piękno trwa od wczoraj, jutro się skończy, skończy się jesień.
niedziela, 28 września 2008
o przegranej, o życiu i o kloszu pękniętym
przegrałem wszystko co w tym cholernym zyciu było do przegrania, i nie wiem juz co robić, bo nie wiem co ma sens, co jest dla mnie ważne. Nie wiem czego chcę, stanąłem w miejscu i zajebiście ciężko jest zrobić następny krok. Nie takie proste jak w ulotce to życie, bo codziennie muszę wstawać i mieć sens, dla którego wieczorem pójdę spać z poczuciem spełnienia, a sensu tego nie mam. Nie wiem więc co, ani kto. Wierzę w rację uczuć i ich wyższość nad sexem, boje się że z czasem zatraci się to we mnie. Boję się że jutro, ani pojutrze, ani za tydzień, nie za miesiąc, ni za rok, że już nie wstanę, nie zrobię tego cholernie ciężkiego następnego kroku i że już zawsze będę tkwił w tym gównie w jakie się wplątałem, że już nie poczuje radości życia. Boję się że przegram, a życie nie jest przecież układanką którą mozna zacząć od nowa, więc jak przegram jeszcze więcej niż już przegrałem, to nie zostanie nic, jedynie czas zostanie, ale on, biedactwo które ze mną musi być do kresu, też się kiedyś skończy. Nie że z nim przegram. Będzie mnie męczył, kazal patrzeć na szczęście innych i uśmiechać się ich uśmiechami, i cieszcyc się z tego, że są szczęśliwi. A ja będę stał i nie zrobię tego korku który chcę zrobić. Muszę zrobić, żeby nie przegrać, żeby spełnić się jako człowiek, i w swoim byciu być kimś, nie niczym. I żeby być dumnym z bycia kimś, bo będąc nikim będę jeszcze bardziej nikim myśląc o swojej nicości, będąc z niej niezadowolonym i zatapiając się w niej.
Jak mi kórwa ciężko.
Bo będąc pod kloszem wychowanym, będąc tym najlepszym, najbardziej kochanym, kiedy klosz się stłucze, a ten który go stworzył odejdzie, zaczynam sobie uświadamiać że nie jestem tym, kim byłem w kloszu, bo klosza już niema. I teraz jestem tylko ja, a ja jestem nikim, więc niema nic. Bo kim ja jestem jeśli już nie tym kochanym, wspaniałym. Co potrafię, jeśli już kochać nie wystarczy żeby być kimś. Życie zasługami innych nie wystarczy aby być zasłużonym. I już, teraz kiedy to piszę, nie powie nikt że mnie kocha, nie mam też swojego klosza i muszę sam walczyć ze wszystkim, zero sterylności, wystawiony na wszelkie okrucieństwa. A innym radość i poczucie własnej wartości zajebiście rośnie kiedy wiedzą, że klosza niemam, że to już nie tak, że można niszczyć, chociaż nie niszczą. Wystarczy im sama świadomość tego, że na zniszczenie wystawiony jestem i że mogę przegrać. Cieszą się bo już nie ten lepszy.A ja poza kloszem świata nie znam i nie potrafię się w nim odnaleźć.
I ciężko jest mi zajebiście, bo nie wiem jak żyć.